Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powołanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powołanie. Pokaż wszystkie posty

sobota, marca 7

Motywacjo przybywaj

Co zrobić, żeby motywacja do nauki nie uciekła?
  1. Wiem, że chcę [uczyć się]. Chcę i nie szukam wymówek, nie wydłużam przerw do 6godzin oglądania kotów/grania w lola/porno/zakupów na allegro* niepotrzebne skreśl
  2. Wiem, dlaczego to robię. Jeśli nie wiem, po co się uczę, to nieświadomie uznaję, że to niepotrzebne, zajmuje mi czas i rezygnuję z tego.
  3. Wiem, że potrafię. Chyba, że zabrano się za to za późno - nie starczy czasu.
  4. Przyzwyczaić się do myśli, że kształcenia trwa do emerytury i zaakceptować ten stan jako naturalny.
  5. Akurat to mnie interesuje [z każdym tematem tak się nie da].
Jak poznać, że motywacji do nauki jest wystarczająco dużo?
  1. Czytanie i notatki są tak niezbędne jak diureza studenta.
  2. Sny dotyczą medycyny i asystentów.
  3. Medycyna jest hobby.
  4. Zanudzacie ludzi w klubie ciekawostkami, że palenie chroni przed sarkoidozą.
  5. Jesteście monotematyczni: rzucacie tylko wyspecjalizowane medyczne żarty/

czwartek, stycznia 29

studeo, studere

Kiedy ktoś ze studentów niemedycznych pyta się mnie o mój kierunek studiów, a powiem, że lekarski, to podsumowanie jest:
- o masz dużo nauki/jesteś pewnie kujonem/lubisz się uczyć/jesteś "mózgiem". Nie trzeba być kujonem, wystarczy być pracowitym (dla mnie kujon i pracowity mają różne znaczenia). Uczyć się systematycznie i nie dać się zaszczuć nikomu.

Jak mawiała pewna pani: studeo, studere to znaczy poświęcać się, nie uczyć! Bzdura. Nawet na pierwszym roku trzeba znaleźć czas na wypad do pubu w piątek, pograć w coś na kompie. Jeśli się tego nie zrobi, to człowiek stanie się kiedyś zgorzkniały i zmęczony. Nie da się żyć 6 lat niewyspanym, wiecznie zmęczonym i naładowanym kawą/innym pobudzającym środkami.
Powiedziałabym raczej, że studia i poświęcona na nie energia są jak podróż przez dzicz, gdzie nie można zatankować i dokupić żywności. Nie można zużyć całej energii przez pierwsze dwa lata, bo potem nie starczy sił. Trzeba rozłożyć chęć do nauki, swoją energię, poświęcenie. Może ktoś pociągnie śpiąc trzy godziny dziennie, ale to nie jest tego warte.
Możesz zakuć cykl Krebsa lub przemian puryn, ale i tak nie będziesz go pamiętał po kolokwium. Założę się, że nie chciałabyś/chciałbyś być jak Kim Peek.
Pewien człowiek powiedział "musicie nauczyć się teraz 100% wiedzy z książki, bo człowiek zapomina 70%, więc kiedy traficie do pracy, to te 30% powinno wam starczyć". Te słowa były raczej w odniesieniu do przedmiotów teoretycznych typu histologia, ale prawda jest taka, że wiedzę kliniczną też będzie się pamiętać tylko pod warunkiem jej ciągłego przypominania i rozwijania w pracy. Te pamiętane 30% z innych klinik to skierowania i odsyłania do innego specjalisty.

niedziela, listopada 2

Jak pogodzić sumienie lekarza i pacjenta?

Jak pogodzić sumienie lekarza i pacjenta?
Po pierwsze określić swoje poglądy i w tym miejscu produkujemy poglądowe ICD 2014:
1.       Katolik ortodoksyjny
2.       Katolik nieortodoksyjny
a.       niepraktykujący
b.      wątpiący/szukający prawdy
c.       skłócony z klerem
3.       Ateista
a.       niepraktykujący
b.      wątpiący/szukający prawdy
c.       praktykujący
4.       Obojętny
5.       Inni ( bo innych na razie w telewizji nie słychać).

Pani Zosia określa się jako 3c, wie, że potrzebuje spiralki, więc szuka ginekologa o icd 3,4, nawet 2. Nie zawraca czasu ginekologowi o icd 1.
Po drugie można wykupić gadżet typu bransoleta, naszywka (bardziej dla pacjenta) tabliczka do gabinetu (dla lekarza) z zaznaczeniem nowego ICD 2014. Żeby jednak się nie pomylić i nie wejść do lekarza, którego poglądy są sprzeczne z naszymi, nie zabierać czasu w kolejce innym pacjentom, żeby nie iść na wizytę, którą będzie stratą czasu dla obu stron.

Na Psiej Wolce, małej wiosce, można otworzyć przychodnię z dwoma drzwiami. Z ICD 1 i ICD 3, żeby ten drugi nie odmówił skierowania albo samych badań prenatalnych.  Znając ludzką dwulicowość może to być ten sam lekarz, tylko musi pamiętać, że zmienia się razem z ze zmianą gabinetu.




***
wcale nie potrzebujemy etykiety, która klasyfikuje nasze myślenie.
Po prostu niektóre problemy nie da się rozwiązać, ot tak, wtedy kompromisy zamiast zadowalać, bardziej irytują. I trzeba iść własną drogą.

niedziela, września 21

Skąd się biorą wątpliwości?

Radziłabym potraktować wszystkie te teksty swobodnie.
Może zajmuję się medycyną, a może jednak socjologią???

Zdarza się, że pierwszoroczni studenci żałują wyboru medycyny, pytają się starszych, czy mieli podobne wątpliwości. A ci starsi mieli różne odczucia, jedni czuli irytację, że nie jest tak jak sobie wyobrazili, jak obiecali im rodzice lub jeszcze starsi koledzy; drudzy ani razu nie żałowali, może nawet mocniej się w to wkręcili, uczestniczyli w wolontariacie dr Clown, IFMSA, STN-ie albo wszystkim na raz.
Wg mnie najlepiej mieć jak najmniej wątpliwości, bo jeśli pragniesz mocno celu, do i mocno do niego dążysz, minimalizujesz problemy i nad sobą się nie rozczulasz. Sytuacji to nie zmieni, ale punkt widzenia jest inny, masz „wewnętrzną” motywację i inaczej patrzysz na oblany egzamin.
Oczywiście jeśli stykasz się z prelekcją rozwoju blastocysty jeżozwierza, a asystent wymaga eponimów wszystkich więzadeł, to zapał mija nieuchronnie. Mam nadzieję, że powywali to z nowego programu.
Czasami znajomi pytają się mnie, czy miałam wątpliwości idąc na medycynę, Wtedy raczej nie, ale swoje wyobrażenia tworzyłam z seriali typu dr House, gdzie wszystkie badania są dostępne od ręki i 5-minutowych fragmentów z telewizji, gdzie pokazywali prof. Religę albo prof. Siemionow. Wszystko wydawało się takie ciekawe: operacje doszycia urwanych dłoni dzieciom, przeszczep twarzy. Każdy powinien się teraz śmiać z mojego wyidealizowanego obrazu, który sobie wymyśliłam będąc bardzo młodą osobą:
- że chirurgia jest wspaniała: operacje trwają średnio 20 minut, wszyscy są skupieni i jest bardzo poważna atmosfera, potem jest przerwa na kawę i bułę kolejne 20 minut, siedzi się w spokoju i opowiada, jak dzielnie wycięło się pęcherzyk żółciowy.
- lekarz rodzinny daje leki, ma czas na 7-8 minut na pogawędki o wnukach pacjenta, leki działają, a pacjent wychodzi przeszczęśliwy.
- internista wypełnia papiery w 5 minut, przepisuje super leki i to wszystko działa.
- dermatolog realizuje się w medycynie antystarzeniowej, częstuje swoje zawsze miłe pacjentki kawusią i ciasteczkami, jest jak w kosmetyczki.
- żaden ginekolog nie wyjdzie 5 minut przed dyżurem ani nie zacznie 5 minut później, bo wymaga tego powaga oddziału.

Teraz widzę to inaczej. Siedzi się nad papierologią, uzupełnia stale dokumentację. Można dostać mononeuropatii od nieustannego stukania pieczątką.

Pierwsze wspomnienia nie są ciekawe, dostałam się na uczelnię, gdzie szli głównie zdeterminowani ludzie, bo na inne uniwerki zabrakło punktów. Samej uczelni daje to tyle, że ludzkiej determinacji starcza co najmniej na 7 lat do LEP/ku, co pokazują ich statystyki.
Na początku dostajemy sygnał, że szkółka się skończyła, zaczyna się Uniwersytet. Zaczyna się zabawa, bo oficjalnie mamy się uczyć z opasłych tomisk, nieoficjalnie wszyscy wiedzą, że pytania są ze starych kserówek (spokojnie, to takie skrócone wersje z tomisk). Nie ma śmiechu, kiedy pytania powstają z wiedzy starszego asystenta, bo tego nie znajdziesz nawet na koreańskiej Wikipedii. Do tej pory nie wiem, czy istnieje białko pb117 i co ono czyni???
Studentem poczułam się po pierwszym egzaminie. Był dla mnie najbardziej stresujący, choć wtedy nie miałam większych problemów z przedmiotem. Wydawało mi się, że do niego się przygotowałam. Ledwo tam weszłam, blada i przejęta. Oczywiście dla podkreślenia atmosfery, każdy dostał pikający minutnik, żeby praktyczny egzamin stresował go bardziej. Oblałam – bo położyłam szkiełko do góry nogami, prof. To zauważył i powiedział, żebym przyszła na drugi termin. Kiedy wyszłam, byłam zła na wszystkich i wszystko, bo nie zdałam z powodu lenistwa czy imprez, ale z powodu takiej beznadziejnej sprawy.
Wtedy zmieniałam podejście. Mieliśmy nowych asystentów na semestr, więc mogłam sprawić, że postaram się i zrobię pierwsze dobre wrażenie. Od tej pory Bochenek i szpilki, to były książka i nauka z atlasu, nie pieczywo i buty ‘-‘
Z tymże stałam się takim naukowym neofitą, nowonawróconym i wierzącym w potrzebę ciągłego czytania. Tacy neofici podchodzą do organizacji czasu bez refleksji, są dla siebie surowi i siedzą za długo nad książkami :P
(może to trochę koloryzuję, ale jak to dumnie brzmi)
Zwykle siedziałam nad książką, ale nad ranem i wieczorem sobie z nią chodziłam, żeby odpędzić sen. Od energetyków odstraszał mnie cukier i kalorie, więc polubiłam picie kawy. Ze trzy kawki przed południem, żeby miło zacząć dzień. Na początku trudno skupić się na tekście przynajmniej po drugiej godzinie, więc żeby nie uciekać myślami, trzeba było czytać to na głos. Kiedy nie mogłam się skoncentrować, po prostu brałam papier i przepisywałam ważne fragmenty, albo robiłam z tego krótsze notatki. Nawet nie chodziło, żeby do części tych notatek wrócić, lepiej mi się uczyło rysując schemat po kilka razy niż czytać go po kilka razy.
Ach znudziła mi się ta taktyka ciągłego uczenia, to jest tylko dla kilku wybranych osób. Po roku mi się znudziło… albo czasem trzeba odpuścić.

Pewna Lekarka powiedziała, że kiedy była małą dziewczynką, (nie chodzi o mnie) to zobaczyła tomograf i zapragnęła być radiologiem, bo bardzo podoba jej się wykonywanie zdjęć. Została nim.

Więc … jak odkryje się swój cel (skalpel, TK, gastroskop, praca w hospicjum) studia stają się czymś przydatnym, a nie obozem karnym :)